Opowieść

Szukając przodków odnalazłem dom

Archikatedra św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty oraz panorama Lublina

Surfując ostatnio po Internecie zetknąłem się — jakżeby inaczej — ze swoją przeszłością.

Od wielu lat interesuję się losami swoich dawnych przodków, żyjących jeszcze zanim mój dziadek ze strony ojca wyemigrował z Polski do Stanów Zjednoczonych. Od czasu do czasu, podobnie jak wiele innych osób, wpadam w trans zainteresowania genealogią. Odkurzam wtedy teczkę pełną wyblakłych dokumentów i nabazgranych notatek, aby sprawdzić, czy mogę jeszcze nieco dokładniej wyjaśnić historię swojej rodziny.

Kolejna fala inspiracji nadeszła, gdy natrafiłem na strony internetowe Polskiego Towarzystwa Genealogicznego. Mogłem tam znaleźć wszystko, czego tylko potrzebowałem do badania historii swoich przodków: książki, nazwiska, daty, powiązania. Wszystko łatwo dostępne z mojego wygodnego fotela obrotowego. Czy genealogia naprawdę stała się taka prosta? Dzięki komputerom z mozolnego poszukiwania przekształciła się w hobby.

Nie zawsze tak było. W szczytowym okresie determinacji, by dowiedzieć się wszystkiego, co tylko mogłem, o historii swojej rodziny, w roku 1985 — żałośnie nieprzygotowany — pojechałem do Polski. W rozkwicie była wtedy idea „Solidarności”, a przyszłość komunistycznego rządu wcale nie wydawała się pewna. Znając tylko imię, nazwisko i miasto urodzenia swojego urodzonego w Polsce dziadka, wsiadłem do pociągu w Berlinie i wyruszyłem na wschód.

Trudno opisać, co poczułem, kiedy przekroczyłem Odrę i znalazłem się w kraju, który dotąd żył tylko w mojej wyobraźni. Oto była Polska — równinna, zielona, pełna lasów, geograficznie otwarta, ale wówczas politycznie zamknięta. Kiedy wyglądałem przez okna pociągu, widziałem — oczarowany — jak niezmąconą przyrodę przerywały coraz to kolejne biedne miejscowości: smutne miejsca, poszarzałe w wyniku dziesięcioleci zaniedbań.

Po dotarciu do Warszawy wsiadłem do pociągu do Lublina, gdzie tuż pod koniec dziewiętnastego wieku urodził się mój dziadek. Miałem nadzieję, że znajdę tam jakieś ślady jego wczesnego życia, chociaż nie miałem pojęcia, gdzie ich szukać. Gdy wjeżdżaliśmy na stację, dostojnie wyglądający współpasażer odważył się mnie zapytać o cel mojej wizyty. Kiedy wspomniałem o dziadku, wyjrzał przez okno, zastanowił się przez chwilę, a potem skinął głową.

– Nie ma wątpliwości – zapewnił mnie – że pański dziadek znał tę stację.

Te słowa poruszyły mnie do głębi. Poczułem dzięki nim namacalny związek z przeszłością swojej rodziny. Po wyjściu z pociągu ujrzałem dworzec — ceglany budynek z poprzedniej epoki, zniszczony, miejscami rozpadający się, ale wciąż pełniący swą funkcję.

Na chwilę zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie tłumy biednych Polaków w grubych ubraniach, trzymających za ręce dzieci, czekających z całym swoim dobytkiem na pociągi do portów, w których mieli wsiąść na statek do Ameryki. Częścią tego tłumu był mój dziadek. Podróżował sam, bez rodziny, mając zaledwie 16 lat.

Używając języka angielskiego i niemieckiego, dotarłem do centrum Lublina. Jego stare miasto uniknęło losu Warszawy, która podczas wojny została zbombardowana i zamieniona w ruiny. Lublin leżał na uboczu, daleko od szlaków turystycznych, w pobliżu granicy z ZSRR. Żaden przybysz tu nie przyjeżdżał, chyba że miał ku temu powód.

Lublin został w jakiś sposób pominięty w podejmowanych wówczas wysiłkach na rzecz renowacji zabytkowych dzielnic innych miast Europy Wschodniej, takich jak Praga i Kraków. Wąskie, brukowane uliczki, stosy węgla przy oknach piwnic i wozy konne przypominały wcześniejsze czasy — te, w których żył mój dziadek. Gdyby udało mu się tu dziś przyjechać, od razu rozpoznałby swój dom.

Od czego zacząć opisywanie swoich przygód w Lublinie?

W zadbanym schronisku młodzieżowym napotkałem miłą gospodynię, która częstowała mnie szklanką za szklanką (tak, szklanką!) gorącej herbaty i jednocześnie nalegała, abym opowiadał o Ameryce. Napotkałem też młodego milicjanta, który poradził mi, abym w lokalnej gazecie zamieścił ogłoszenie z informacją o moich poszukiwaniach polskich krewnych (ale także jego kolegę, który mnie ostrzegł: „Jeśli zamieści pan takie ogłoszenie w gazecie, każdy Polak w kraju będzie twierdził, że jest pana krewnym”).

Odwiedziłem też zarząd cmentarza, gdzie kobieta w średnim wieku, okrągła jak matrioszka, była przeszczęśliwa, że może mi pomóc w moich poszukiwaniach. Razem ze mną wertowała dawne księgi pogrzebowe, cały czas się przy tym uśmiechając, aż w końcu smutno pokręciła głową, że mnie zawiodła.

Zaszedłem również do sześćsetletniego kościoła, gdzie udostępniono mi tamtejsze księgi chrztów. W zawilgoconej, ciemnej komnacie piwnicy kościelnej moje nadzieje jednak zgasły.

Trzeciego dnia pobytu w Lublinie poszedłem wieczorem do restauracji. Nad jej drzwiami wejściowymi wisiał brzęczący, niemrawo świecący neon. Gdy wpatrywałem się w niemożliwie wyglądające zestawienie spółgłosek, mojego ramienia dotknął starszy mężczyzna i zwrócił się do mnie po angielsku z silnym polskim akcentem. Przetłumaczył mi nazwę restauracji na angielski.

– Beloved – wyrecytował. – It means: The Beloved Restaurant.

Wewnątrz restauracji bez pytania usiadł ze mną przy stoliku w ciemnym kącie.

– Poznałem, że jest pan Amerykaninem, po pana butach – powiedział.

Spojrzałem w dół i na jego nogach spostrzegłem porozdzierane mokasyny.

Zapragnął bliżej poznać historię mojego dziadka. Opowiedziałem mu wszystko, co wiedziałem. Podczas życia w Stanach Zjednoczonych chciał zapomnieć o Polsce. Szybko nauczył się angielskiego, pracował jako stolarz i nigdy nie napisał listu do swojej rodziny w kraju. Zmarł na długo przed moimi narodzinami. Jedynym strzępkiem wiedzy o swoim dzieciństwie, jaki po sobie pozostawił, było to, że pochodził z Lublina.

Kiedy opowiadałem, mężczyzna kiwał głową. Miał bolesny wyraz twarzy, jakby chciał powiedzieć: „To smutna historia”.

– Przebył pan długą drogę – oznajmił, poruszając głową. – Kiedy pan wyjeżdża?

– Jutro.

Uniósł brwi i odsunął się od stołu.

– Tak szybko?

– Tak.

– Musi pan obiecać, że pan tu wróci – powiedział, klepiąc mnie po dłoni.

Wstał, chcąc już odejść, po czym zamilkł.

– Niech pan nigdy nie zapomni o swojej ojczyźnie – powiedział.

Nie zapomniałem o Polsce. Gdyby wówczas istniał Internet, być może nigdy bym tam nie zawitał. Chociaż nie udało mi się odnaleźć żadnych dokumentów dotyczących dziadka, podróż nie była porażką. Poznałem miasto i kraj jego dzieciństwa. Moją ojczyznę. My fatherland.

tłumaczenie z języka angielskiego: Piotr Moskwa

← Wróć do wszystkich opowieści