Kiedy myślę o Majdanku, słyszę wiolonczelę, której najgłębsza struna nie przestaje rezonować. W tej niewiarygodnej pustce jest coś, co daje świadectwo obecności tak potężne jak ta panująca wokół fałszywa cisza.
Dostrzegam to w gablotach z okularami i szczoteczkami do zębów pomordowanych, w ciemnościach kamiennych pryszniców i w zimnym sklepieniu komory gazowej. Ta jedna samotna nuta, to długie bicie serca sprawiają, że stąpam powoli, ostrożnie, jakby stopa położona ciężko lub lekkomyślnie na tej delikatnej ziemi mogła grozić rozdarciem włókien całego wszechświata. Na Majdanku panuje cisza, której nie wolno przerwać, jeśli chce się usłyszeć tę wieczną basową nutę.
Trzeba wspomnieć o liczbach, aby zrozumieć ów brzęczący dźwięk tej metalowej struny. Zamordowano tutaj dziesiątki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. W ciągu tylko jednej nocy rozstrzelano osiemnaście tysięcy osób. Po Auschwitz Majdanek był największym obozem zagłady. Dziś jest to nazwa mało znana poza Polską. Jest zbyt odległa, leży blisko granicy z Rosją.
Zwiedzałem Majdanek razem ze swoim polskim przyjacielem. Tego wiosennego dnia po rozgrzanej słońcem łące stąpało też cztery lub pięć innych osób. W tym miejscu człowiek czuje ulgę, że nie musi nic mówić. Ta jedna nuta mówi wszystko. Przepływa przez otwarte drzwi drewnianych baraków, sprawia, że trawa się kołysze, unosi się nad stertą ludzkich prochów pogrzebanych pod wyniosłą kopułą ogromnej granitowej urny.
Przechodzę od miejsca do miejsca czytając na tablicach informacje, co się wydarzyło w każdym nich. Tutaj więźniowie się rozbierali. Ciche brzęczenie. Tu były baraki. Stłumione drżenie. Tu była komora gazowa. W moich uszach rozlegają się głębokie jęki, słyszę więcej niż jeden ich ton. Wszystkie próbują wypłynąć na powierzchnię i przemówić oddzielnym głosem. Nagle dostrzegam kwiat.
W baraku na cienkim słomianym materacu leży róża, wiotka i zwiędła, ze stulonymi płatkami. Widzę też inną na kamiennej posadzce komory gazowej, nieco świeższą, zwiniętą wokół otworu odpływowego. Wyobrażam sobie siedzącego tu wiolonczelistę, prowadzącego różę jak smyczek, aż jego wiolonczela się rozgrzewa i zaczyna nucić sama. Na zawsze.
Piotr i ja odwracamy się i podążamy z powrotem, mijając opustoszałe wieże strażnicze. Gdy wychodzimy z obozu, obok nas przebiega starsza kobieta w zielonej chustce. Głową dotyka do pakunku, który trzyma w rękach. Nagle przyciąga go do siebie jeszcze bliżej. Wypadają z niego trzy lub cztery płatki róż i opadają na ziemię. Pięć minut później przykrywa je ciemność, która zapada nad nami wszystkimi.
tłumaczenie z języka angielskiego: Piotr Moskwa