Opowieść

Moja nowa pasja: język polski

Polski pangram zapisany na tle biało-czerwonej flagi

Niespodziewane odwiedziny kuzynki sprawiły, że w pracy, na siłowni — wszędzie mamroczę dziwne frazy.

Nie uważam, że jestem osobą ulegającą obsesjom, ale mam mnóstwo energii na rzeczy, które wzbudzają moje zainteresowanie. Na przykład od kilku miesięcy z wielkim zapałem podchodzę do języka polskiego.

Opiszę, co się zdarzyło. Około roku temu dostałem list z Polski od kuzynki, o której istnieniu nic wcześniej nie wiedziałem. Po raz pierwszy przybywa do Ameryki i chciałaby zapytać, czy mogłaby mnie odwiedzić. Bardzo mnie to podekscytowało i — chociaż mówi ona po angielsku — pomyślałem, że byłoby miłym gestem, gdybym w pewnym zakresie mógł porozumiewać się z nią również w jej języku. Tak więc…

Całymi dniami chodzę w słuchawkach i odtwarzam sobie zestaw trzydziestu lekcji języka polskiego. Moi studenci, gdy mnie widzą, z pewnością myślą, że wreszcie jestem „równy gość” i słucham muzyki młodzieżowej. Gdyby tylko znali prawdę… Zamiast hip-hopu czy techno-rapu skupiam się na podstawowych zwrotach, takich jak „Chcę przyjechać do Warszawy”, „Mam polskie pieniądze” i „Czytam książkę”.

Już nawet tylko to pokazuje całą trudność. Język polski nie przypomina angielskiego. Żeby odzwierciedlić egzotyczne polskie dźwięki, do liter, które w innym przypadku wyglądałyby rozsądnie, pododawano haczyki, kropki i kreski. Nie zrażam się jednak i prę do przodu.

Podczas sprzątania domu recytuję polskie zwroty. W ogrodzie zmagam się z dźwiękami, które po prostu nie istnieją w języku angielskim. Jakiś przykład? Weźmy na to polskie miasto przemysłowe Łódź. Dla niewtajemniczonego użytkownika języka angielskiego wymowa wydaje się prosta: „Loads”. Jednakże w lekcji numer trzy dowiedziałem się, że nazwa ta brzmi jak „Wooch”. Nie wolno o tym zapomnieć! Ja nie zapomniałem.

Gdybym w swoim środowisku nie miał opinii osoby zdrowej na umyśle, znajomi mogliby dojść do wniosku, że straciłem kontakt z rzeczywistością. Widzą mnie w różnych sytuacjach. Na siłowni podczas ćwiczeń na bieżni cicho powtarzam po polsku: „Mam dziesięć złotych”. W kawiarni siedzę spokojnie z zamkniętymi oczami, delektuję się filiżanką herbaty i recytuję „Będę pracować w Krakowie”. Spaceruję po parku z twarzą zwróconą do słońca i niemalże wykrzykuję: „Jaka piękna pogoda!”.

Jest to jednak trudne, bardzo trudne. Gdzieś w mrocznych zakamarkach historii Polski jakaś armia zaborcza, rabując polskie złoto i dzieła sztuki, musiała również zagrabić większość samogłosek. To prawdziwa przeszkoda dla osoby, której rodowitym językiem jest angielski. Weźmy na to choćby skrzypce. Czy kiedykolwiek doceniłbym piękno ich dźwięku, gdybym — jak Polacy — nazywał je tym właśnie słowem?

Jedno z moich wspomnień z dzieciństwa jest związane z moją cioteczną babcią, która po angielsku mówiła jedynie na poziomie podstawowym, a na co dzień posługiwała się językiem polskim. Pewnego dnia, słysząc, jak ćwiczę grę na klarnecie, weszła do mojego pokoju. Powiedziała, że jako mała dziewczynka grała w Polsce na skrzypcach i — wtem! — z ust wyleciała jej proteza zębowa.

Pomimo zapewnień wydawców kursu językowego, z którego korzystam, nie sądzę, abym mówił po polsku „jak dyplomata w trzydzieści dni!”. Jeśli po trzydziestu dniach rzeczywiście będę mówił po polsku jak jeden z naszych dyplomatów, to nie pokładam wielkich nadziei w przyszłości stosunków polsko-amerykańskich.

Jak napisałem na początku, mam mnóstwo energii na rzeczy, które mnie interesują. Odkrywam, że powoli, ale nieubłaganie, zakochuję się w języku polskim. Mówi się, że jest to jeden z najbardziej ekspresywnych języków europejskich, a jednocześnie pod względem trudności porównywalny do koreańskiego.

Przyjmuję to wyzwanie.

tłumaczenie z języka angielskiego: Piotr Moskwa

← Wróć do wszystkich opowieści